Kształcenie mówcy wg Kwintyliana

1) Co z dwojga jest korzystniejsze: czy trzymać chłopca w wieku szkolnym w domu, w obrębie prywatnych ścian, czy też oddać go na naukę zbiorową do szkoły i powierzyć niejako publicznym nauczycielom. 2) To drugie właśnie było po myśli, jak widzę, zarówno ludzi, którzy ustanawiali prawa najsławniejszych społeczeństw, jak i po myśli bardzo wybitnych pisarzy. Ale nie trzeba zapominać, że są jeszcze tacy, którzy nie uznają tego prawie powszechnie przyjętego zwyczaju, a to z powodu pewnych osobistych na tę sprawę zapatrywań. Ludzie ci powodują się tutaj – o ile mi wiadomo – dwoma zasadniczymi względami: najpierw więc przekonaniem, że racjonalniej dbają o dobre wychowanie swych dzieci, jeżeli nie puszczają ich do zbiorowego współżycia z chłopcami w tym wieku, który jest najbardziej skłonny do wykroczeń, bo stąd – oby to było nieprawdą! – mają powstawać przyczyny niemoralnych postępków; po wtóre zaś tym, że ich zdaniem nauczyciel, ktokolwiek by nim był, więcej czasu może poświęcić uczniowi, gdy ma tylko jednego, niż gdy ten sam czas ma dzielić między wielu naraz.

4) W szkole więc – zdaniem tych ludzi – psują się obyczaje. To prawda, że czasem się rzeczywiście psują, ale tak samo psują się w domu. I wiele jest na to przykładów. Podobnie zresztą, jak znowu i tu, i tam niewątpliwie wiele jest przykładów zachowania dobrej sławy i nieskazitelnych obyczajów. W całym tym zagadnieniu różnice wynikają z wrodzonych skłonności jednostek i ze sposobu ich wychowania. Jeżeli zaniedbamy chłopca z usposobieniem skłonnym do tego, co gorsze i nie będziemy wyrabiać i strzec w nim wstydliwości w młodym wieku, to równie dużo okazji do złego postępowania nastręczy mu wychowanie indywidualne. Bo i tam może się zdarzyć, że jego nauczyciel domowy będzie niemoralny, a poza tym równie niebezpieczne jest przebywanie wśród zepsutych niewolników, jak wśród mało skromnych dzieci wolno urodzonych. 5) Natomiast jeżeli skłonności dziecka są dobre, jeżeli rodzice nie są zaślepieni, mało czujni i opieszali, to przecież można sobie wybrać i szkołę, prowadzoną przez co najzacniejszego nauczyciela, o co też w pierwszym rzędzie starają się ludzie rozsądni, i sposób wychowania  jak najbardziej poważny. Poza tym jeszcze do boku  syna można dodać życzliwego nam jakiegoś statecznego człowieka lub uczciwego wyzwoleńca , którego stała obecność przy nim wpłynie na poprawę nawet tych, co do których mieliśmy obawy.

6) Łatwo więc można zaradzić temu zmartwieniu. Obyśmy jednak sami nie przyczynili się do zepsucia obyczajów naszych dzieci! Bo już w dzieciństwie rozpuszczamy  je pieszczotami, a zbyt łagodne owe wychowanie, które nazywamy pobłażliwością, osłabia w nich wszelką tężyznę umysłu i ciała. Czegoż w wieku dorosłym nie zechce się temu, kto w purpurach raczkował? Jeszcze pierwszych słów nie wymawia dobrze, a już poznaje, że to purpura z kokkusa, już chce purpurę z konchylii. 7) Pierwej też podniebienei dzieci wyrabiamy niż mowę. W lektykach nam dorastają. Jeżeli kiedy dotkną ziemi, opierają się na podtrzymujących je z obu stron rękach. Cieszymy się, kiedy powiedzą coś swawolnego. Słowa, na które nie powinno się pozwalać nawet aleksandryjskim dowcipnisiom, ulubieńcom swych panów, przyjmujemy od nich z uśmiechem i pocałunkami. (…)

Za: Historia kultury. Wybór tekstów źródłowych, I. Starożytność, Gdańsk 1979, str. 227-229

 

1. Przedstaw zaprezentowane w źródle poglądy na temat dwóch form wychowania.

2. Którego z nich zwolennikiem jest autor cytowanego tekstu. Uzasadnij odpowiedź.

3. Co, zdaniem autora, jest źródłem problemów wychowawczych?